Nietypowa taca

czyli taca, która była koszykiem

nietypowa taca na kawę

Bohaterami dzisiejszej opowieści są Współkupowacze, których spotkałam w hipermarkecie (przez złośliwców zwanym nowoczesnym domem kultury) z okazji kupna wiklinowego koszyka, który przerobiłam na tacę według jednego z pomysłów mających ubarwić moje kuchenne aranżacje.
Pechowo dla mnie na czas buszowania w trzewiach wspomnianego kolosa wybrałam piątkowe popołudnie. W większych miastach jest to najgorszy czas na takie zajęcie – szczególnie wtedy, gdy wybrany sklep znajduje się przy ulicy będącej jednocześnie drogą wyjazdową dla wszystkich udających się z kierunku A do kierunków B-Z.
Wyprawę po materiał będący bazą do stworzenia wymyślonego przez siebie przedmiotu, rozpoczęłam od wpadnięcia w mega-korek ciągnący się jak niesforne spaghetti na półmisku. Odstawszy w nim czterdzieści minut, odczekawszy kolejne dwadzieścia przy wjeździe na parking i wykonawszy kilka ekwilibrystycznych manewrów rodem z „mistrz kierownicy ucieka”, szczęśliwie znalazłam wolne miejsce do zaparkowania.
Chyżo wysiadłam (ponaglana myślą o piątkowym wariactwie przy kasach) i pognałam w kierunku hali. Po drodze dopadłam jednego z ostatnich nieuczłowieczonych jeszcze wózków i dałam się porwać masie ludzi, którzy podobnie jak ja przypomnieli sobie o zakupach tuż przed rozpoczęciem radosnych chwil weekendowego życia.
Nie przepadam za tłumem, więc chcąc uniknąć długotrwałego kiszenia się z resztą gawiedzi postanowiłam, że kupię tylko pasujący do mojej wizji koszyk i czym prędzej wyemigruję do kasy. Lotem ślizgowym przefrunęłam obok wydzierającej się mamy równie wydzierającego się chłopczyka oraz mocno zdenerwowanego czymś pana, po czym nieomal wpadłam na regał pchnięta przez mało uważnego mężczyznę o czerwonej twarzy, w równie czerwonym jak jego fizjonomia sweterku.
– Się paniusia niech nie rozpycha – zagaiła Czerwona Twarz.
– Się nie będę – odrzekłam balansując ciałem i rozmyślając nad głębokim sensem słów „stać albo nie stać” (na własnych nogach).
Czerwona Twarz przyjęła me zapewnienia z malującym się na górnej czerwieni ukontentowaniem, po czym oddaliła się na (jak po chwili spostrzegłam) nogach obutych w równie czerwone jak sweterek obuwie.
Balansując między kolejnymi parami mam z dziećmi, wnerwionym czymś wiekowymi damami, tudzież znudzonymi doszczętnie przyziemnością i bezsensem zakupów panami, dotarłam do półki, na której polegiwały tace, koszyki, podkładki oraz inne wyroby mniej lub bardziej ładne, potrzebne i nazwane. Moment wyboru był krótki. Metoda segregacji pt. „jest albo nie jest” pozwoliła mi szybko wyłonić zwycięzcę. Capnęłam koszyk i znów lawirując między ludźmi oraz wózkami, które mają dziwną manierę zostawania na środku alejek i samowolnego oddalania się od ich użytkowników, dotarłam do rewiru kasowego.
Niestety… mój pośpiech wcale nie przyczynił się do przyspieszenia końca tej wyprawy. Okazało się, że kasy samoobsługowe cierpią na całkowite oblężenie, a kasa oznaczona „do 5 produktów włącznie” przeżywa najazd panów z koszykami mieszczącymi puszki ze złocistą zawartością chmielu.
– Mmmatko – westchnęłam, po czym wyluzowana jak kura w gnieździe borsuka podreptałam na koniec kolejki do najbliższej kasy.
Stanęłam za jakąś panią, a za mną stanął mężczyzna, do którego podszedł niebawem kolejny uczestnik kasowej niedoli.
– Cze stary! – zagaił ten ostatni głośno klepiąc mojego współstacza z tylca w jakąś część ciała, której z racji bycia na przodku nie widziałam.
– Witaj – odparł poklepany, którego głos barwił lekki stan irytacji – Jak się masz?
– A dobrze, dobrze, a jak mam być szczery to nawet bardzo dobrze.
– A jak masz być nieszczery? – głos współstacza przybrał barwę niezdecydowaną, coś pomiędzy irytacją, a kpiną.
– Że tak powiem, nie rozumiem. – Klepacz zamilkł na parę sekund – Jak to nieszczery?
– Zabrzmiało tak, jakbyś normalnie nie odpowiadał szczerze na takie pytania.
– Że tak powiem, to tylko taki zwrot.
– Ach, rozumiem. – Mój współstacz zabrzmiał już tylko kpiarsko – To zupełnie jak z tym „że tak powiem”?
Nadstawiłam uszu.
– Że tak powiem, jak mam być szczery, to zupełnie nie wiem, o co ci chodzi… – klepacz zdecydowanie się zasępił.
Nastała chwila ciszy.
Po niespełna minucie klepacz znów się odezwał.
– W tej kolejce można zejść z nudów.
Współstacz z tylca odezwał się dopiero po kilku sekundach.
– Einstein twierdził, ze inteligentni ludzie się nie nudzą.
– Tak? No popatrz… a ja jestem inteligentny i się nudzę.
– Jak się nudzisz, to poczytaj coś. Skocz po jakąś gazetę, to czas ci szybciej zleci.
– No może.. – głos klepacza przybrał barwę tęsknego marzenia – Czasem nawet tak sobie myślę, żeby przeczytać coś interesującego, bo jestem przecież inteligentny, ale dzisiaj to mi się nie chce, bo strasznie się nudzę…
Mój współstacz nic nie odrzekł, a ja niemal odwróciłam się, by spojrzeć na nudzącego się inteligenta.
Minęła kolejna chwila, w której stacze z tylca milczeli, kolejka w żółwim tempie zmniejszała się, a z głównej części hali dobiegał harmider weekendowych współkupaczy.
– A wiesz stary – głos inteligenta znów skupił na sobie całą moją uwagę – źle mi doradziłeś. To nieprawda, że w sieci można znaleźć sobie dziewczynę.
– Tak? A dlaczego tak uważasz? – głos współstacza z tylca znów zabarwiła irytacja.
– No bo wczoraj napisałem „cze” do jednej takiej doktor z Facebooka, a ona mnie olała.
– Widocznie uznała twoje powitanie za nieodpowiednie, albo nie zrozumiała tego słowa.
– Nie mów, serio? To niby co miałem napisać?
– Nie wiem, może coś bardziej zrozumiałego.
– Gadasz, napisałem też coś innego i chyba bardziej zrozumiałego, bo myślałem, że tekst nie doszedł i też mnie olała.
– A co jej napisałeś?
– „Siema stara”.
Mój współstacz znów nic nie odrzekł, a ja stałam sztywno, wpatrzona przed siebie i usilnie próbowałam się nie roześmiać.
Zmuszając się do powagi, patrzyłam na plecy współstaczki z przodka, która rozmawiała właśnie z jakimś panem mówiąc:
– Kochanie jeszcze tu postoimy, a ja zapomniałam o słuchawkach do Skype. Znów będę się wydzierała, jak Irenka zadzwoni. Idź proszę na ten dział ze sprzętem i weź jakieś słuchawki z mikrofonem na druciku.
– A jakie one mają być? – zapytał jej rozmówca.
– Takie do komputera. Tylko koniecznie mikrofon ma być na druciku.
Kochanie pani z przodka odeszło, a ja uważniej spojrzałam na kolejkę i z radością odkryłam, że od kasy dzieliło mnie jeszcze jedynie siedem osób.
Po jakimś czasie kolejka zmalała do jednej. Pani z przodka wykładała właśnie produkty z wózka na ladę, gdy wrócił jej rozmówca ze sztywnym opakowaniem w ręku.
– Proszę, przyniosłem ci mikrofon – oznajmił dumnie.
– Mikrofon? – kobieta nadal wykładała zakupy stojąc do mnie tyło-bokiem, więc nie mogłam stwierdzić, czy jej pytaniu towarzyszyło uniesienie brwi.
– No przecież chciałaś – na druciku, zgadza się? – głos łowcy mikrofonu zabrzmiał lekko piskliwie.
– Chciałam, ale ze słuchawkami…
Tym, którzy dotrwali do końca niniejszej powiastki zdradzę, że dzisiejszy post okrasiło zdjęcie tacy, która była koszykiem.

8 komentarzy do “Nietypowa taca

  1. Rose

    Świetna taca, która była koszykiem! ;)
    A u mnie jak się stoi w kolejce dłużej niż pięć minut sklep płaci 5zł. Tak więc jest sporo nudzących się inteligentów w kolejkach! ;)

    Odpowiedz
  2. Mira

    Kolejkowe „dialogi na cztery nogi” to coś, dzięki czemu nie muszę kupować gazety, żeby znieść czas oczekiwania na swoja kolej przy kasie. Trzeba tylko wytężyć słuch, czasem wzrok i już jest materiał jeśli nie na opowiadanie, to przynajmniej na post lub anegdotkę. A tej pani doktor z Facebooka to mi żal… taki inteligentny okaz jej przeszedł koło nosa… ;)))
    A koszyczek uroczy!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *