Archiwa kategorii: pomysly

Renowacja foteli z czasów PRLu

Znajomi obdarowali mnie trzema fotelami wyprodukowanymi w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Meble były w całkiem niezłym stanie, choć jednemu z nich brakowało poduch, a ze wszystkich drewnianych elementów lakier schodził płatami. Mimo to oceniam, że nakład pracy będzie w akceptowalnym wymiarze, a wyremontowane fotele przydadzą się jako dodatkowe siedzenia.

metamorfoza foteli przed

Po rozebraniu siedzisk na czynniki pierwsze, dokładnie oszlifowałam i wygładziłam drewniane ramy za pomocą papierów ściernych. Po pozbyciu się resztek lakieru okazało się, że są one zrobione z dębiny w kolorze, który postanowiłam zachować. Jako środek zabezpieczający wybrałam bezbarwny impregnat powłokotwórczy, ponieważ w odróżnieniu od lakieru czy bejcy nie łuszczy się nawet po kilku latach ekspozycji na zmienne warunki atmosferyczne. Po nałożeniu trzeciej warstwy impregnatu (każda warstwa musiała dobrze wyschnąć przed nałożeniem kolejnej) ponownie przeszlifowałam drewno, by nadać mu miłą dla dłoni gładź.
Oryginalną tapicerkę wraz z obiciem poduch oczyściłam z kurzu i poprawiłam napięcie taśm na siedziskach. Do trzeciego fotela dorobiłam poduszki zrobione z dwóch warstw gąbki tapicerskiej obszytej materiałem.
Następnie uszyłam pokrowce mocowane na rzepy. Uznałam, że łatwiej będzie utrzymać je w czystości – w odróżnieniu od tapicerowanych poduch, których choćby z racji gabarytów do pralki wsadzić nie mogę.

metamorfoza foteli po

Ostatnim elementem prac renowatorskich było podklejenie spodu ram filcem. Dzięki temu prostemu zabiegowi drewno nie będzie rysowało się w czasie przesuwania mebli.

W kolejce do remontu czekają jeszcze cztery krzesła wyprodukowane w tym samym czasie, co fotele. Rozebrałam je już na części i po przeszlifowaniu oraz odmalowaniu, mam zamiar wymienić tapicerkę. I tu mam do Was pytanie. Kupiłam zszywacz tapicerski w promocji (teraz wiem, że to była zła decyzja) i niestety jest bardzo nieporęczny – ciężko wbija się nim zszywki i ciężko jest utrzymać go w dłoniach. Czy możecie polecić mi jakiś sprawdzony model i podzielić się swoimi doświadczeniami w tym zakresie?

Czytaj dalej

Walizka na podróż życia

Pięknego kwietniowego dnia do pachnącej cynamonem i jabłkami kuchni niespodziewanie wpadła Marcela krzycząc:
– Mam fantastyczne wiadomości! Gosia za pana męża się wydaje!
– Wspaniale! – zakrzyknęłam byłam w odpowiedzi na tę wieść fantastyczną. – A kiedy?
– Za kilka dni. I wszyscy jesteśmy zaproszeni na ślub. Czasu mamy mało, a trzeba coś przygotować.
– Zrzutkę zrobimy, ale pomysłu brak na co. Młoda nie chce wałka do ciasta, blendera też nie, kwiatów nic a nic, ale los totolotka chętnie przyjmie.
Mówiąc to wszystko Cela myszkowała po kuchennych szafkach herbatę sobie przygotowując.
– Musisz coś wymyślić – jej głos zadudnił z głębi szafki z filiżankami – coś z jajem.
– No masz – zasępiłam się – chcesz, bym na poczekaniu wymyśliła coś z jajem, bez wałka, blendera i kwiatów, za to z losem totolotka?
– Ależ oczywiiiiście – moja rozmówczyni zaciągnęła śpiewnie lejąc wrzątek do filiżanki i nosem wciągając zapach piekącego się jabłkowego deseru. – Przecież wiesz, że jeśli szybko nie rzucimy jakiejś propozycji, to każdy przyniesie po losie i po sprawdzeniu ich wartości w czasie najbliższego losowania, nic nie zostanie. A prezent musi być też na później. Może być skromny, ale musi dać się zatrzymać w ramach choćby sentymentalnej pamiątki. O!
– Nie każdy jest sentymentalny i przechowuje pamiątki – odrzekłam w pamięci mając mnogość durnostrojek porozstawianych fantazyjnie u Celi, która właśnie kroiła gruby plaster cytryny mówiąc dalej:
– Myślałam o fajnej śwince skarbonce z losami i złociszami na szczęście, ale jedyne świnki jakie znalazłam miały napis „Na kochankę”. To chyba byłaby przesada, gdybyśmy sprezentowali im coś takiego, prawda?
– Och jaaasne! Co innego, gdyby napis głosił: „Na kochanka”! – zachichotałam.
Marcela upiła łyk herbaty, wyszczerzyła ząbki w uśmiechu rozbawionej łasicy i spytała:
– I co zrobimy?
– Zrobimy rekonesans po sklepach i będziemy improwizować – rzekłam z uśmiechem, po czym lotem ślizgowym pomknęłam po buty, torebkę i inne przedmioty, bez których jako typowa kobieta raczej nie wychodzę.
Godzinę później buszowałyśmy po wnętrzach sklepów towar macając i natchnienia na nietuzinkowy prezent w ogromnym podnieceniu szukając. Po kolejnej godzinie – z nieco mniejszym już zapałem – nadal poznawałyśmy różnorodność oferty handlowej. Wraz z upływem trzeciej godziny podniecenie przerodziło się w upór, a ten z kolei przeszedł w urażoną ambicję, by znaleźć coś nietypowego z jajem i losami, ale bez wałka, blendera i kwiatów. Po trzech godzinach poszukiwań, mnogość warunków do spełnienia zaczęła ciążyć i mało brakowało, a przeoczyłabym przedmiot, który stał się zalążkiem prezentowego pomysłu.

pomysł na prezent ślubny

Na jednej ze sklepowych półek wypatrzyłam walizkę. Stała wciśnięta w kąt, jakby zapomniana, a widok jej wywołał u mnie efekt podobny do tego, który zaobserwować można u Pomysłowego Dobromira. Pamiętacie go? Sympatyczny chłopak, z piegami i miną słodziaka, któremu w chwilach twórczego myślenia podskakuje na czubku głowy kulka, po czym następuje radosny okrzyk „Juchuuuu!”! Ze mną było podobnie. Gdy tylko udało mi się wyciągnąć wspomnianą walizkę z kąta, poczułam podskakującą kulkę, krzyknęłam „Juchuuuu!” i pognałam w kierunku Celi, której czubek głowy wystawał z wielkiego kosza z durnostojkami.
– Cela! Cela! Mam! Eureka!
– Co? Co? – Marcela uniosła zamglony durnostojkami lekko błędny wzrok rozglądając się na boki jak nie przymierzając struś, który głowę z piasku właśnie wyjął. – Masz coś? O, a to co? Walizka?
– Oczywiście! To jest walizka na podróż życia!
Wzrok Celi skupił się na pokazywanym przedmiocie. Jego właścicielka uniosła lewą brew i spojrzała na mnie uważniej.
– Na podróż życia? – spytała dość niepewnie.
– Właśnie tak. Przecież wiesz, że Gosia lubi podróżować. Jej mężczyzna również. Często jeżdżą na wspólne piesze wyprawy i wycieczki rowerowe. A za kilka dni wybiorą się w bardzo długą, wspólną podróż na resztę życia.
– Ale tak walizkę tylko? – Cela wzięła ją do ręki i zaczęła oglądać ze wszystkich stron. – Bardzo ładna, ale…
– Się nie bój nic. Dobrze będzie. Chodź. Gdzieś tam jest kasa – złapałam walizkę, połę sweterka Celi i mrucząc – zostaw te durnostojki! – poszybowałam do kasy na skrzydłach TFUrczego uduchowienia.
Następnie przyszła kolej na telefony do reszty osób z grona zaproszonych. Każdy zapoznał się z propozycją i wniósł swój wkład w prezent kontent, że mimo pierwotnego braku pomysłu, Młodzi dostaną coś z jajem, bez wałka, blendera i kwiatów, ale za to z losami totolotka. A w przeddzień (a będąc bardziej szczegółową – w przedwieczór) wielkiego wydarzenia, Cela i ja zasiadłyśmy do czynności, której efektem był ślubny prezent, a która w dużej mierze na „świstakowaniu” (czyli tym razem na zwijaniu w ruloniki z tasiemkami) i babskich pogaduchach polegała.

I tak oto w pięknych okolicznościach wieczornych powstała walizka na podróż życia wyposażona w prowiant (czyli odrobinę słodyczy na co dzień i od święta),

niezbędniki (czyli zwinięte w ruloniki i spięte kokardkami losy totolotka, bony mennicy państwowej oraz życzenia tego, czego naszym zdaniem w podróży Młodym nigdy zabraknąć nie powinno)

oraz małą świnkę skarbonkę (bez wzmiankowania o kochance lub kochanku, ale za to z grosikami na szczęście, by tradycji społecznej oraz przesądom odpór dać).

A później ślub był i Młodzi piękni tacy przy życzeniach serdecznych prezent dostali, a że Młoda zaglądać tu czasem lubi rzeknę: i byli szczęśliwi i długo żyli!
Szczęśliwej podróży Kochani!

Czytaj dalej