Archiwa kategorii: iglainitka

Multimedialne oswajanie

Choć na co dzień używam wielu technicznie zaawansowanych sprzętów, duszę mam raczej analogową. Czym to się objawia? A choćby niechęcią do samoobsługowych kas w supermarkecie, automatów z biletami komunikacji miejskiej i korzystania z niektórych internetowych serwisów społecznościowych, które coraz częściej zastępują realny kontakt ze znajomymi. Tych przykładów mogłabym podać jeszcze więcej, ale dziś skupię się tylko na jednym, dotyczącym książek.
Jeszcze kilka lat temu książką była dla mnie tylko i wyłącznie papierowa jej forma, z kolorową okładką i szeleszczącymi kartkami pachnącymi farbą drukarską. Książka, której czytanie bywa czasem niewygodne – szczególnie, gdy samoistnie przewracające się kartki grubego tomiszcza przeczytanego w ponad połowie zaczynają wykręcając całość książki w lewą stronę. Ale mimo wszelkich niedogodności mam sentyment do papierowych książek, w których czytane miejsca zaznaczam samodzielnie ozdobioną zakładką.

etui na tablet

Przez dłuższy czas moje czytelnicze życie było proste i sprowadzało się do idealnie dobranego trio: ja, książka i zakładka. Ale nadszedł dzień, w którym nieopatrznie wypowiedziałam takie oto słowa:
– Odnoszę wrażenie, że ostatnio codzienne zajęcia zabierają mi sporo z czasu, który mogłabym spożytkować na ciekawsze rzeczy.
– Jakie na przykład? – Spytała Łucja, do której skierowane były moje słowa.
– Ksiązki. W ciągu minionych miesięcy kupiłam więcej książek, niż zdołałam przeczytać. Wciąż jest coś do sprzątnięcia, ugotowania, uprania, zajęcia się już i natentychmiast. Ja wiem, że to wszystko jest ważne i że robię to także dlatego, że chcę, ale… Gdzieś we mnie czuję niedosyt duszy. Wiesz, taki głód, którego wciąż nie mogę zaspokoić.
Lucia popatrzyła na mnie uważnie, potaknęła głową, po czym rozmowa odpłynęła ku innym tematom.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy kilka tygodni później rozpakowałam imieninowy prezent otrzymany od Luci. Zwyczajowo przy takich uroczystościach dostawałam od niej książkę. Taką papierową, z kartkami pachnącymi farbą, do zaznaczania czytanego miejsca drewnianą zakładką. Tym razem w pięknym papierze z kokardką, skrywał się cyfrowy krążek z książką do słuchania.
Musiałam mieć mocno niewyraźną minę, bo Lucia parsknęła śmiechem i rzekła:
– Tylko mi nie mów, że nie wiesz co to jest.
– Wiem, wiem Luciu… Dziękuję, dziękuję bardzo. Jeszcze nie mam tej… Książki. Z chęcią poznam… Jej treść. – Mówiłam to wszystko stojąc z krążkiem i zastanawiając się, co się stało, że Lucia go kupiła. Może nie było papierowego wydania? Może…
– Teraz będziesz mogła lepiej wykorzystać czas spędzany na domowych obowiązkach. – Głos Łucji przerwał moje rozważania. – Od jakiegoś czasu sama w ten sposób „czytam” w czasie sprzątania, gotowania, prasowania. Dzięki temu moje czytelnictwo zyskało. Nawet kupiłam sobie specjalne słuchawki do dłuższego słuchania. Nie wkłada się ich do uszu i mają programowo ustawione ograniczenie na wysokość dźwięków. Kup sobie takie, bo o słuch także trzeba zadbać.
Więc kupiłam słuchawki w ramach oswajania swej analogowej duszy z nową formą czytania, a po tygodniu kupiłam inną książkę w tym formacie.
Po jakimś czasie moje czytelnicze życie znów stało się proste, choć tym razem sprowadziło się do idealne dobranego kwartetu: ja, książka, zakładka i empetrójka. Ale naszedł dzień, w którym nieopatrznie wypowiedziałam takie oto słowa:
– Za dwa tygodnie wyjeżdżam na kilka dni i znów mam dylemat, którą książkę zabrać. Z jednej strony zależy mi na tym, by walizka nie była zbyt ciężka, z drugiej … Jeśli wezmę za cienką książkę, to mogę skończyć ją czytać na długo przez przyjazdem. A wiesz jak bardzo nie lubię zasypiać nie przeczytawszy choć kilku stron.
– Wiem – rzekł Małżowinek, do którego skierowane były moje słowa.
Kilka dni później Małżowinek wrócił do domu z niewielkim urządzeniem i informacją, że mam wybrać sobie książki z eBiblioteki, które chciałabym zabrać w podróż.
Znów musiałam mieć mocno niewyraźną minę, bo Małżowinek zaczął mówić o moich walizkowych rozterkach.
– Teraz nie musisz już martwić się o wagę walizki. Urządzenie jest niewielkie, a pomieścić może całkiem sporą ilość książek i to w różnych formatach, także w audio.
Stałam i patrzyłam na nowe, wszystkoumiejące urządzenie i myślałam o moim idealnym kwartecie, który właśnie został rozwiązany. Niemniej argument mniejszej wagi przemówił do mnie na tyle, że postanowiłam zaprzyjaźnić się z nową techniką na czas wyjazdu. Więc zabrałam wszystkoumiejącego towarzysza w podróż, w czasie której przeczytałam swoją pierwszą ekranową książkę.
Urządzenie postarało się, by obłaskawić moją negatywnie nastawioną do takich gadżetów analogową duszę. W nagrodę zyskało przydomek czasoumilacza, któremu wczoraj wieczorem (na znak zawartego pokoju) uszyłam pokrowiec.
I tu znów miałam okazję zrobić coś po raz pierwszy. Jednak tym razem nie miało to nic wspólnego z multimediami, a z pikowaniem – wiedzą dla mnie tajemną i do tej pory całkiem nieznaną.
Po przeczytaniu kilku sieciowych poradników na temat pikowania, uszyłam czasoumilaczowi etui z warstwą ochronną w środku i kieszonką na słuchawki ozdobioną transferem własnoręcznie przygotowanej z tej okazji grafiki. Przyznam, że dzięki nowemu ubraniu czasoumilacz wygląda jakby mniej technicznie.

etui na tablet

W chwili obecnej moje czytelnicze życie nie jest jeszcze na nowo proste. Jednak powoli oswajam się z myślą, że mimo analogowej duszy nieubłaganie staję się częścią cyfrowego kwintetu.

Czytaj dalej

Święta z bałwankiem w tle

Ostatni kwartał nie owocował w twórczy czas, niemniej udało mi się uszyć świątecznego bałwanka, który według Małżowinka ma krewniaków wśród pingwinów albinosów.

balwanek recznie uszyty

Bałwanka uszyłam z miękkiej bawełny, dając mu szalik i czapkę z pomponem, ręcznie haftowaną buźkę i worek w którym (jak wierzę ;) ) kryją się dobre nowiny, szczęśliwe wydarzenia i pozytywne emocje.

ozdoba na boze narodzenie

Jego kraciasta elegancja idealnie wpasowała się w klimat tegorocznych Świąt w naszym domu, w którym od rana królują ręcznie wykonane ozdoby, zapachy wigilijnych potraw i dźwięki świątecznych melodii.

ozdoba bozonarodzeniowa

W ten piękny czas oczekiwania na Wigilijny Wieczór składam Wam najserdeczniejsze życzenia radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Niech te Święta będą dla Was czasem spędzonym bez pośpiechu, trosk i zmartwień, za to w gronie bliskich dla Was osób. Życzę Wam również dużo radości i szczęścia w nadchodzącym Nowym Roku. Niech to będzie rok pomyślności i spełnionych marzeń. Wesołych Świąt! :)

Czytaj dalej

Jajko nie-jajko

Czas szybko płynie i temat wielkanocnych ozdób wrócił niczym przysłowiowy bumerang. Postanowiłam zrobić coś innego, mniej typowego. Oczywiście bez jajka w ogóle, nie można było ruszyć tematu, ale kto powiedział, że jajko ma być całe?

kielich wielkanocny zdobiony techniką decoupage serwetkowy z domalowaniami

A jeśli może nie być całe, to kto powiedział, że to w ogóle musi być jajko?

kielich wielkanocny zdobiony techniką decoupage serwetkowy z domalowaniami

A jeśli nie jajko i nie całe, to kto powiedział, że w jajku mogą mieszkać tylko kurczaki? Nikt. A przynajmniej nikt nie powiedział tego w chwili, gdy to wszystko tworzyłam. I dlatego powstało duże jajko nie-jajko z nietypowym domownikiem w welwetowym cylindrze.

ozdoba wielkanocna

Pan Długouchy jest pierwszą uszytą przeze mnie zabawką. Szyłam go ręcznie, z grubo tkanej bawełny, z modelowaną główką i łapkami, z haftowaną mordką oraz obszytymi ręcznie obrzeżami brzuszka i pyszczka. Cylinder również uszyłam ręcznie, wykorzystując do tego kawałek czarnego pluszu. A przysłowiową wisienką na torciku stał się miękki ogonek wykonany z białej wełny.

królik na wielkanoc

królik na wielkanoc

Gdy pokazałam całą dekorację Małżowinkowi, ten najpierw parsknął śmiechem, a następnie oznajmił, że całość wygląda świetnie – szczególnie, że dołożyłam wszelkich starań, by cylinder i ogonek wyglądały jak najbardziej realistycznie. ;)

Czytaj dalej

Obuwniczy garnitur

Choć potrafię czasem nieźle nabałaganić, lubię porządek. Lubię to uczucie, gdy otwierając szafę lub szufladę widzę niezmącony spokój rzeczy. Balans przedmiotów spoczywających na swoim miejscu, w towarzystwie kolorowych woreczków pachnących ziołami. Niestety, by utrzymać tę harmonię (przy cyklicznie zjawiającej się zdolności do tworzenia rozgardiaszu), raz na jakiś czas muszę „wpaść do szafy” i spróbować ogarnąć panujący tam chaos.

Ta nierówna walka pomiędzy umiejętnością tworzenia bałaganu, a chęcią życia w porządku jest niekończącą się historią. Historią w której udział biorą różne ciuszki fatałaszki z torebkami i butami na czele.
Czy znacie to uczucie, gdy szukając konkretnej pary butów okazuje się, że jest schowana w pudełku stojącym na najwyższej półce, pod dwoma lub trzema innymi kartonami? Czy wyciągając ulubione obuwie zdarza się Wam pomyśleć: „kurczę, miałam włożyć w nie prawidła i zapomniałam”? Bo mi owszem, bo mi tak. A jak już zdarzy mi się o tym pamiętać, to nagle nie mogę znaleźć prawideł, które wcześniej przewalały się niepotrzebne po całej szafie. Biorąc pod uwagę to wszystko nikogo chyba nie zdziwi, że resztki lawendowych zbiorów wykorzystałam do uszycia pachnących „wypełniaczy”.

zapachowe woreczki do obuwia z suszoną lawendą

Uszyłam również trzy woreczki na klapki ozdobione tkaninowymi szyldami. Pomysł takich naszywek chodził po mojej głowie od dawna za sprawą Qrki, która robi takie cuda blaszane.

woreczki na prawidła

Przy okazji porządków z butami natknęłam się na zapomniane prawidła, które straszyły jakimś nieokreślonym odcieniem zieleni. Przerobiłam je więc po swojemu, nadając im wygląd nawiązujący do szalonych lat 20-tych.

ręcznie malowane prawidła

Obuwniczych porządków nastał kres. Teraz mogę oddać się radości z powodu odzyskanej harmonii… do następnego „wpadnięcia do szafy”. ;)

Czytaj dalej

Igielnik jak książka

W marcu ubiegłego roku pisałam o tym, co wyszło z planów zrobienia porządku w mulinach, które zalegały w różnych pudełkach i plątały się niezależnie od tego, jak bardzo starałam się je rozdzielać. Tekturowe bobinki pomogły zaprowadzić porządek, ale szybko okazało się, że utrzymanie w ryzach igieł również nie jest łatwe. Przez jakiś czas przechowywałam je wbite w pozostałe po zawijaniu mulin bobinki.
Niestety okazało się, że od częstego wyjmowania igieł dziurki w papierze rozpychają się i igły zwyczajnie wypadają. Włożyłam je zatem do metalowego pudełeczka, ale każdorazowe łowienie jednej z nich kończyło się pokłuciem co najmniej jednego palca. I tak pewnego dnia miarka nieplanowanych ukłuć przebrała się. Poszperałam w schomikowanych przydasiach i wykorzystując kawałki grubego kartonu, sztywno plecionej materii, kleju, guziczka, nitki i dwóch kawałków koronki stworzyłam igielnik w kształcie książki, którego kartki posłusznie trzymają teraz moje igły w ryzach.

igielnik książka na igły

Strony tej igłowej książeczki zabezpieczyłam przed siepaniem się elastycznym klejem do tkanin.

igielnik książka na igły

Cóż, powyższe dzieło literackim z pewnością nie jest – czytać się go nie da – ale moje palce nareszcie nie ucierpią przy przewracaniu stron. ;)

igielnik książka na igły

Czytaj dalej