Żywot testera bez kitu

Choć umysł mam kreatywny, a duszę czułą na piękno, w codziennych wyborach najczęściej kieruję się praktyczną stroną korzystania z dóbr wszelakich. Za modą raczej nie gonię, reklamy wywołują u mnie ślepoto-głuchotę, a każda próba sprzedania mi kolejnego fantastycznego cosia, przez kolejnego fantastycznie miłego tele- tudzież real- sprzedawcę, wywołuje reakcję alergiczną połączoną ze wzmożoną wydzieliną niechęci.
Omawianą praktyczność widać przede wszystkim w temacie telefonu komórkowego, pieszczotliwie nazywanego przeze mnie warczącą szelmą, wredną gadziną i permanentnym inwigilatorem na dokładkę. Telefon rzecz potrzebna, bez niego moja codzienność niestety kulałaby już straszliwie, ale każda wymiana aparatu przyprawia mnie o ból głowy i zgrzytanie zębów.
– Potrzebuję telefonu, a nie urządzenia wszystkomającego z modułem dzwonienia. – Taką odpowiedź słyszą wszyscy, którzy próbują obudzić me konsumenckie potrzeby z okazji premiery kolejnego fantastycznego aparatu. Bo przecież wiadomo, że najlepszym aparatem jest ten już posiadany. Jest oswojony, ładnie ułożony, plumka ulubioną melodią i co najważniejsze, daje się obsłużyć jednym palcem i z pamięci.

telefon

Niestety jakiś czas temu mój oswojony inwigilator padł był w boju i zmuszona byłam do wzięcia w posiadanie kolejnego modelu, co to fajny jest, bo jest taki fajny. Przy okazji wymieniono mi kartę, bo nowsza szelma obsługuje te mniejsze, które chyba oprócz nowej wielkości wiele więcej nowego nie wprowadzają. I takim oto sposobem dałam się ubrać w nową gadzinę i kartę, która choć nowa i mała, banglać w ogóle nie chciała. Operator wymienił na drugą równie nową i małą, która pięknie śmigała przez dni trzy, po czym równie pięknie świrowała przez czas świąteczny z okładem, doprowadzając do furii mnie, a do niemej rozpaczy Małża, który pomoc chciał nieść i szelmę moresów nauczyć.
Wczoraj powiedziałam „dość!” małej co nie bangla i popołudniową porą, wspierana przez Małża, wybrałam się do salonu z zamiarem zrobienia porządku z gadziną. W towarzystwie prószącego śniegu (pierwszy to śnieging mój tegoroczny) wdreptaliśmy do salonu na godzinkę z kwadransem przed zamknięciem onego. Osób było niewiele, więc siedliśmy spokojnie niedaleko pierwszego stanowiska obsługi klienta. Przy stanowisku siedziały akurat dwie klientki, które dialogowały z konsultantem w sposób, który śmiało można określić jako „podryw panoczku, podryw że aż cacy”. Przyznam, że siedząc z boku mieliśmy całkiem ciekawy widok – młodzieniec spłoniony, co chwila przebąkujący coś o żonie i dwie panie, których mowa ciała mówiła „bierz nas, razem a nawet osobno”. Widok był tak zaskakujący i przyciągający uwagę, że przez dłuższą chwilę nie zwracałam uwagi nawet na plumkanie telefonu, który trzymałam w dłoni.
– Gdzie jesteś? Muszę natychmiast przegadać z tobą artykuł z naszej gazety. Otwórz na stronie czwartej. – Lusia rzuciła konkretem bez tracenia czasu na konwenanse.
– Cześć Lusiu. Nie ma mnie jeszcze w domu, a nowego wydania jeszcze nie kupiłam.
– To ja ci przeczytam, chcesz? Artykuł nosi tytuł…
– Lusiu nie teraz. Sprawy załatwiam. Zadzwonię później, dobrze?
– No dooobrze… Ale i tak się nachwaczyłam, bo ostatnio nic nie piszesz i nie mówię, że to musi być od razu o mnie. – I w poczuciu onego nachwaczenia rozłączyła się.
Gadzina zaczęła plumkać ponownie, więc bez patrzenia na wyświetlacz powiedziałam: – Lusia…
– Dobry wieczór. Dzwonię z instytucji finansowej. – W słuchawce zabrzmiał głos kobiecy. – Muszę z panią porozmawiać na temat umowy zawartej w ciągu ostatniego roku z firmą (tu padły nazwy czterech firm). Muszę zweryfikować dane. Czy ma pani podpisaną umowę z którąś z tych firm?
W tym miejscu mój mózg zajrzał w każdy zakamarek pamięci, przerobił osiem giga danych i zrobił to wszystko z jednoczesnym rejestrowaniem kolejnych prób uwodzenia konsultanta z pierwszego stanowiska.
– Dzień dobry pani, a z której z wymienionych firm pani dzwoni? – Odrzekłam.
– Dzwonię z firmy finansowej i muszę zweryfikować dane. Dlatego spytałam, z którą firmą w ciągu ostatniego roku podpisała pani umowę.
– Czy ma pani wgląd w moje dane? Bo jeśli tak, to wie pani, czy mam i z kim mam podpisaną umowę.
– Nie, ale muszę zweryfikować dane.
– Chwileczkę. – Rzekłam czując pierwsze krople wydzieliny niechęci. – Jeśli nie ma pani dostępu do danych, to co chce pani zweryfikować? Albo ja czegoś nie rozumiem, albo to co pani mówi nie ma sensu. – Tu nastąpiła wymiana form grzecznościowych zwanych pożegnalnymi i już miałam schować warczącą gadzinę do torebki, gdy znów zaplumkała.
Zanim doszło do wymiany nowej małej, co to nie bangla, gadzina plumkała jeszcze siedem razy, tym razem wyłączając się, rozłączając i strajkując przy jednoczesnym wyświetlaniu wnerwiających komunikatów w stylu „nie ma mnie i co mi zrobisz”? W tym samym czasie panie przy stanowisku numer jeden dalej próbowały uwieść konsultanta pod pozorem wyjaśniania kolejnych zawiłości ofert i promocji (zgodnie z pomiarem zegarka trwało to już co najmniej minut czterdzieści), a kolejka oczekujących na obsługę powiększyła się o kolejne osoby. Szczęśliwie dla mnie i Małża przy drugim stanowisku siedziała konsultantka, a żadna z obsługiwanych przez nią pań nie zdradzała zainteresowania wyżej wspomnianą. Dzięki temu w ciągu kolejnych dziesięciu minut dostałam trzecią nową małą.
I teraz zastanawiam się, czy nie jestem czasem pod wpływem jakiejś figlarnej magii. Tak za karę, że za modą nie nadążam. Mam okazję zaznawać żywota testera nowych co to fajne są, bo są takie fajne i w ogóle. Jakby tego było mało, często testuję poziom wydzieliny niechęci z powodu kolejnych fantastycznie miłych tele-, którzy chcą mi sprzedać kolejnego fantastycznego cosia… Chociaż nie, przepraszam – tych ostatnich testów jest jakby mniej. Zaczynam podejrzewać, że w istnieją bazy, w których przy numerze mojego telefonu dopisano: „Nie dzwonić, właścicielka jest już tak przepełniona wzmożoną wydzieliną niechęci, że już żadnego kitu się jej nie wciśnie”.

A co w ogrodzie? Śnieging. Taki biały, czepliwy. Oblepił wszystkie krzewy. Ale najpiękniej wygląda na przekwitłych kwiatostanach perukowca.

perukowiec

Czytaj dalej

By poczuć magię Świąt

Wszystkim odwiedzającym Atelier życzę, byście w tym roku na nowo poczuli lub odnaleźli utraconą magię Świąt Bożego Narodzenia. Życzę Wam również czegoś, co nie da się włożyć w piękne opakowanie i położyć pod choinką – spokoju i chwili wytchnienia, w której znajdziecie czas dla siebie i swojej rodziny. Życzę Wam Świąt rodem z Waszych marzeń i Nowego Roku, który przyniesie Wam powód do szczęśliwego uśmiechu na twarzy każdego dnia bez wyjątku.

Boże Narodzenie

Czytaj dalej

Powiastka o początkach ogrodu

Choć za oknem rozciąga się jesienny krajobraz, myślami jestem przy ciepłych miesiącach. Dzieje się tak za sprawą zdjęć ogrodu, które przygotowywałam dziś do publikacji, zastanawiając się przy okazji, jak zacząć tę powiastkę.
Nasz ogród zaistniał właściwie przez przypadek. Któregoś dnia zamieszkaliśmy w domu z kawałkiem udeptanego w czasie budowy placu, na którym nie rosło nic poza małym klonem pospolitym. Dziś klon wygląda bardzo okazale i jest moim ulubionym drzewem. Zachwycam się jego liśćmi od wczesnej wiosny, do późnej jesieni. Czasami robię z nich suche bukiety zwijając pożółkłe liście na kształt kwiatów róży.

klon pospolity

Początki zakładania ogrodu nie były łatwe. Szybko okazało się, że pod cienką warstwą ziemi kryje się kilka metrów twardej jak głaz gliny. Sporo pracy pochłonęło przygotowanie gruntu pod trawnik i planowane do posadzenia krzewy iglaste.
Przez pierwsze dwa lata podejmowałam próby sadzenia jedno- lub dwurocznych kwiatów, własnoręcznie wysiewanych bądź kupionych w postaci sadzonek. Jednak większość z nich albo szybko usychała, albo wyradzała się tworząc trudne do opanowania chaszcze i gąszcze maści wszelakich. W końcu (najpierw zniechęcona, a później mocno zmotywowana, bo mi te zielska na ambicję weszły ;) ) postanowiłam wykorzystać zimowy czas na czytanie tekstów publikowanych na ogrodowych forach. Zajrzałam tu, zajrzałam tam i po kilku tygodniach miałam już gotowy wstępny plan ogrodu.
Z uwagi na rodzaj ziemi oraz ograniczony z powodu pracy zawodowej czas, postawiłam na kwitnące krzewy oraz wieloletnie byliny. Przy okazji planowania wzięłam także pod uwagę lekki spadek terenu i umiejscowienie geograficzne działki, bo dostęp do wody i słońca to ważna sprawa. Ktoś z Was posiadający większe niż ja doświadczenie ogrodnicze pomyśli teraz, że piszę o strasznie podstawowych rzeczach. Owszem, w istocie, ale dla mnie poznanie tych fundamentalnych zasad było jak odkrycie Ameryki.
Jako pierwsze z bylin w naszym ogrodzie pojawiły się funkie oraz juki ogrodowe. Obydwie rośliny mają niewielkie wymagania zarówno glebowe, jak i pielęgnacyjne.

funkia

Funkie (zwane również hostami) są bylinami wieloletnimi. Występują w wielu odmianach różniących się kolorem liści od żółci poprzez zieleń aż do błękitu. W lipcu pojawiają się kwiaty obsadzone na wystających ponad liście łodygach.

hosta

Byliny są mrozoodporne. Ładnie wyglądają posadzone w grupie – nawet jesienią, gdy zaczynają przebarwiać się na żółto. Uschnięte liście warto przejrzeć przy okazji jesiennych opadów. Jeśli jest dużo wilgoci warto je obciąć, by nie zagnieździła się pod nimi pleśń. Jeśli nie, to można je zostawić na zimę. Utworzą wtedy naturalną ochronę przed mrozem dla korzeniowych bulw.

hosta

W miejscach suchych rosną słabiej, choć w takiej ziemi, jaką mamy w ogrodzie, radzą sobie nawet tam. Posadzone w zacienionych miejscach mają okazalsze liście, a w jaśniejszych więcej kwiatów, które po przekwitnięciu należy uciąć wraz z łodyżkami. Nie polecam jednak sadzenia ich w pełnym słońcu. Zbytnie gorąco pali liście i w rezultacie roślina może całkiem uschnąć.
Sadzenie nie wymaga jakiejś szczególnej uwagi, choć sadzonki o mniejszym systemie korzeniowym warto podlewać trochę częściej, niż starsze egzemplarze. Dobrym pomysłem jest ściółkowanie gleby pod funkiami korą ogrodową. Rośliny lubią też torf. Wiosną warto również zasilić funkie nawozem wieloskładnikowym. Nawożenie można powtarzać co jakiś czas do końca lipca.

juka ogrodowa

Juka ogrodowa (a właściwie jej karolińska odmiana) jest byliną zimozieloną o dość wysokiej mrozoodporności. Ma długie, ostro zakończone liście oraz piękne kiście białych kwiatów wyrastających na wysokich łodygach. Kwiaty pojawiają się na przełomie lipca i sierpnia. U starszych egzemplarzy łodygi mogą osiągać wysokość nawet dwóch metrów. Juki lubią słoneczne, ciepłe stanowiska i gleby o alkalicznym odczynie, dlatego wiosną warto zastosować nawóz wieloskładnikowy zawierający wapno. Ich pielęgnacja ogranicza się do usuwania przekwitłych kwiatostanów (wraz z całą łodygą) oraz uschniętych od spodu liści. Niestety kwiaty są lubiane przez mszyce, więc co roku młode pąki opryskuję tym samym preparatem, który stosuję do róż. W suche lato warto również pamiętać o umiarkowanym podlewaniu.
Po usunięciu łodygi kwiatowej może się zdarzyć, że część liści uschnie. Nie będzie to jednak objaw żadnej choroby. Po prostu starsze odnogi tej rośliny z czasem usychają, by zrobić miejsce dla młodych odrostów. Dlatego nie warto zwlekać z wycięciem uschniętych liści. Gołe miejsce szybko zapełni się nowymi przyrostami.

juka karolińska

Czytaj dalej

Reorganizacja ogrodu

Od ostatniej publikacji minęło siedem miesięcy. Po sześciu latach blogowania zrobiłam sobie długie wakacje z internetową ciszą w tle. W tle, bo choć w mojej blogowej przestrzeni nic się nie działo, to działo się całkiem sporo w tej realnej, rzeczywistej.
Jakiś czas temu przeczytałam, że długie znikanie z takiego miejsca ja to, może równać się z blogowym samobójstwem. Autor wspomnianego tekstu dowodził, że już po kwartalnej ciszy należałoby pomyśleć o zamknięciu bloga na przysłowiowe cztery spusty. Przyznam, że nie do końca zgadzam się z tym stwierdzeniem. Dlaczego? Bo niejednokrotnie widziałam, jak nagle jakiś blog zamierał, by po jakimś czasie znów zapełnić się nową treścią.

moj ogrod

Minione siedem miesięcy upłynęły przede wszystkim na pracach związanych z rozpoczęciem wielkiej reorganizacji ogrodu. Po piętnastu latach nasz zielony zakątek wymaga kilku znaczących zmian i dostosowania do możliwości czasowych, niezbyt dużej wiedzy ogrodowej (zdobywanej w tzw. boju) i sprawności, którą przekornie zwę „sprawnością inaczej”. O tych zmianach napiszę w kolejnych postach, gdy dopracuję plany kolejnych prac ogrodowych.

Czytaj dalej

Wielkanocny komplet black&white

Choć w swojej twórczości lubię bawić się kolorami, raz na jakiś czas zdarzy mi się stworzyć coś barwnie minimalistycznego. Najczęściej powodem powstrzymania się od użycia większej ilości kolorów jest chęć dostosowania się do upodobań osoby, dla której dany przedmiot bądź przedmioty powstają. Tak było także w przypadku poniższego kompletu black&white.

ozdoby wielkanocne

Komplet składa się z czterech jajek przeznaczonych do przystrojenia kwiatowych kompozycji oraz drewnianych świeczników i jajka na nóżce, które ozdobią świąteczny stół.

Czytaj dalej